to było 19 maja...6 dni po moich 18-tych urodzinach... była śliczna pogoda, więc poszłam z przyjaciółką na spacer, spotkałyśmy kolegę, stanęliśmy chwile pogadać i zaraz nadjechał On... zatrzymał się (bo to był akurat dobry przyjaciel tego znajomego, z którym właśnie rozmawiałam i bywał u niego prawie codziennie i mimo tego ,że blisko mieszkam, to nigdy wcześniej się nie spotkaliśmy, aż do tego dnia

...) wysiadł... i mnie po prostu trafiło

... robiło mi się na przemian raz gorąco

...raz zimno... serce zaczęło mi walić jak oszalałe

... zakochałam się od pierwszego wejrzenia

dziewczyny może uznacie mnie za wariatkę

, ale w tym momencie wiedziałam, że właśnie z tym mężczyzną chcę spędzić resztę życia, mieć z nim dzieci, on i żaden inny

...jego trafiło tak samo :D zanim kolega zdążył nas sobie przedstawić, to my już się umówiliśmy na wieczór na dyskotekę :lol: i od tej chwili byliśmy nierozłączni... od ponad czterech lat mieszkaliśmy razem, mieliśmy tyle planów na przyszłość, żadnych problemów, byliśmy najszczęśliwsi na świecie, przez te wszystkie lata nasze uczucie ani trochę nie osłabło, wciąż było tak wielkie, gorące i szalone jak w ten dzień kiedy się poznaliśmy... nie widzeliśmy świata poza sobą... cały czas chcieliśmy być blisko siebie i byliśmy ...nawet w tym przeklętym dniu gdy śmierć mi go zabrała, darując mi życie...

...i co z tego... jak On był moim życiem...
...mija już 4 i pół miesiąca, odkąd nie ma mojego Słoneczka... jest w moim sercu... sercu... za dużo powiedziane... tam jest już tylko krwawiąca rana... niedługo 19 maja ...to by była nasza 6 rocznica
...wierzę, że on cały czas jest przy mnie...