Zaklęta w brzydocie, proszę o pomoc..
: 28 paź 2010, 21:40
Proszę Was o pomoc, bo nie daję już rady.. bardzo potrzebuję Waszego wsparcia..
Przebywam tu ostatnio częściej, choć niewiele mnie widać. W poszukiwaniu nadzieji i rozwiązań, jakie należałoby podjąć w przyszłości, a najpierw na nie zarobić. Szukam iskry, która zapali mnie na nowo, w międzyczasie zarzucająć się aktywnością, dla której potrzebna jest wiara w jutro - w moim przypadku brana na kredyt. Jednym słowem, czule siebie uspokajam: "będzie dobrze, maleńka, na pewno, musi! Za dużo wycierpiałaś, żeby los miał się do Ciebie nie uśmiechnąć.", starając się zapomnieć, że los zazwyczaj tak się układa, że albo ma się "szczęście" od początku do końca, albo fatalny pech ciasno przylgnie do Ciebie na stałe. (Tym sposobem na przykład dzieci z rodzin alkoholowych, przemocowych, doświadczających innego rodzaju krzywdy i wykorzystania, męczą się ze swoją traumą do końca życia, niemogąc zyskać pozytywnego obrazu siebie i innych, co wiąże się z brakiem zaufania = brakiem bliskich, stabilnych relacji, dla przykładu - ja).
Ale do rzeczy. Cierpię na dpresję od x lat, miałam trudne dzieciństwo naznaczone tresowaniem przez ojca, włożyłam masę wysiłku w rozmówienie się z traumą, i jedyna rzeczą, która popycha mnie do kolejnej próby samobójczej jest potworne odbicie w lustrze i analogiczna reakcja otoczenia na moją twarz. Zwyczajnie jestem paskudna (nadzwyczajnie). Cienka chorowita skóra cierpiąca na ŁZS, brak włosków brwiowych i rzęs (nie pojmę, dlaczego nigdy mi nie urosły), duży, długi nos odznaczający się na tle delikatnej, subtelnej budowy twarzyczki, cienkie włosy, cienie i starcze doły pod oczami. Brakuje brodawki z włosami, jak wisieńki do tortu
Kiedy nikt na mnie nie patrzy, jest znośnie, nawet lubię siebie (wewnętrzną), piekiełko zaczyna się, gdy mija kolejny dzien kontaktu z ludźmi, potem następny i następny (jestem aktywna, staram się), łaskawie dający możliwość przyglądania się normalnym kobietom. Padam wykończona i zawalam wszystko. Nie daję rady ;( Myli się ten, kto twierdzi, że wygląd nie liczy się, że możliwość akceptacji swojego wyglądu nie zna granic, otóż zna.
Jestem potworem..
Najpierw brzydkie niekochane dziecko, potem paskudna dziewczyna. Nie wiem jak to jest czuć, że ktoś mnie kocha, nie mam pojęcia, jak piękna musi być świadomość, że ktoś się w nas podkochuje, że oczarowaliśmy..
Pode mną temat "Gdzie poznałyście swoją miłość", nigdy tam nie napiszę.
Nie myślcie proszę, że użalam się nad sobą i nic ponad to. Wychodzę do ludzi (mimo bólu), wkładam spory wysiłek w to, by się nie poddać, planuję operację. Nie wiem tylko, czy dam radę wytrwać, brakuje kogoś obok. Potrzebuję ludzkiej akceptacji, trochę ciepła, nie wiem, co robić..
Proszę Was o odzew ;( ;( ;(
Przebywam tu ostatnio częściej, choć niewiele mnie widać. W poszukiwaniu nadzieji i rozwiązań, jakie należałoby podjąć w przyszłości, a najpierw na nie zarobić. Szukam iskry, która zapali mnie na nowo, w międzyczasie zarzucająć się aktywnością, dla której potrzebna jest wiara w jutro - w moim przypadku brana na kredyt. Jednym słowem, czule siebie uspokajam: "będzie dobrze, maleńka, na pewno, musi! Za dużo wycierpiałaś, żeby los miał się do Ciebie nie uśmiechnąć.", starając się zapomnieć, że los zazwyczaj tak się układa, że albo ma się "szczęście" od początku do końca, albo fatalny pech ciasno przylgnie do Ciebie na stałe. (Tym sposobem na przykład dzieci z rodzin alkoholowych, przemocowych, doświadczających innego rodzaju krzywdy i wykorzystania, męczą się ze swoją traumą do końca życia, niemogąc zyskać pozytywnego obrazu siebie i innych, co wiąże się z brakiem zaufania = brakiem bliskich, stabilnych relacji, dla przykładu - ja).
Ale do rzeczy. Cierpię na dpresję od x lat, miałam trudne dzieciństwo naznaczone tresowaniem przez ojca, włożyłam masę wysiłku w rozmówienie się z traumą, i jedyna rzeczą, która popycha mnie do kolejnej próby samobójczej jest potworne odbicie w lustrze i analogiczna reakcja otoczenia na moją twarz. Zwyczajnie jestem paskudna (nadzwyczajnie). Cienka chorowita skóra cierpiąca na ŁZS, brak włosków brwiowych i rzęs (nie pojmę, dlaczego nigdy mi nie urosły), duży, długi nos odznaczający się na tle delikatnej, subtelnej budowy twarzyczki, cienkie włosy, cienie i starcze doły pod oczami. Brakuje brodawki z włosami, jak wisieńki do tortu
Kiedy nikt na mnie nie patrzy, jest znośnie, nawet lubię siebie (wewnętrzną), piekiełko zaczyna się, gdy mija kolejny dzien kontaktu z ludźmi, potem następny i następny (jestem aktywna, staram się), łaskawie dający możliwość przyglądania się normalnym kobietom. Padam wykończona i zawalam wszystko. Nie daję rady ;( Myli się ten, kto twierdzi, że wygląd nie liczy się, że możliwość akceptacji swojego wyglądu nie zna granic, otóż zna.
Jestem potworem..
Najpierw brzydkie niekochane dziecko, potem paskudna dziewczyna. Nie wiem jak to jest czuć, że ktoś mnie kocha, nie mam pojęcia, jak piękna musi być świadomość, że ktoś się w nas podkochuje, że oczarowaliśmy..
Pode mną temat "Gdzie poznałyście swoją miłość", nigdy tam nie napiszę.
Nie myślcie proszę, że użalam się nad sobą i nic ponad to. Wychodzę do ludzi (mimo bólu), wkładam spory wysiłek w to, by się nie poddać, planuję operację. Nie wiem tylko, czy dam radę wytrwać, brakuje kogoś obok. Potrzebuję ludzkiej akceptacji, trochę ciepła, nie wiem, co robić..
Proszę Was o odzew ;( ;( ;(